Pamiętam, że gdy 20 lat temu po raz pierwszy zalogowałem się do Internetu, przedtem korzystając z BBS-ów (między innymi i z nieodżałowanej Maloka BBS , której właścicielem i twórcą był nie kto inny ale – pamiętacie go? – Stan Tymiński), a więc gdy pierwszy raz zobaczyłem Internet, a było to w Stanach, zalogowałem się do biblioteki Kongresu, potem do USENETu, potem do lokalnych serwerów city gdzie mieszkałem i zobaczyłem sposób aktywności obywatelskiej ówczesnych „internautów” (nie znoszę tego słowa!) - to zdałem sobie sprawę, że świat już nie jest taki sam, i że powrót dyktatury komunistycznej i zresztą każdej innej jest niemożliwy, bo powstało narzędzie całkowicie zmieniające obieg informacji – z informacji skierowanej od władzy (wszystko jedno – czy politycznej, czy medialnej) do komunikacji masowej między ludźmi bez pośredników, czyli – mediów właśnie.
 
To moje ówczesne przeczucie, zmieniło się w pewność gdy trzy lata później rozpocząłem pracę w jednej z pierwszych komercyjnych firm internetowych w Polsce, gdy zrozumiałem co to jest za technologia i jakie konsekwencje niesie. Teraz, będąc w branży nowych technologii już 17 lat, gdy po drodze wyrósł nowy przemysł oparty o technologie internetowe mogę powiedzieć, że nie myliłem się, mimo, że kandydaci na dyktatorów cały czas są, kolejka nawet się wydłuża, a i same rządy tzw. demokracji liberalnych i ich politycy chcą brać ludzi za twarz, zupełnie jakby to byli jacyś czauczeskowie czy inne tego typu indywidua, a nie miłujący demokrację politycy wybierani w pięcioprzymiotnikowych wyborach, co tam, w dwunastoprzymiotnikowych + dwa czasowniki!
 
Otóż pogląd mój przez te dwadzieścia lat nie zmienił się z prostego powodu – technologia, z którą mamy do czynienia na co dzień, jest nie do opanowania przez jakąkolwiek biurokrację. Co więcej, to jest nieustanna pogoń biurokracji, statycznych systemów państwowych z ich dotychczasowym dorobkiem prawnym, pogoń za nowopowstającymi wynalazkami okołointernetowymi (takimi jak np. pliki mp3 i idącą za tym całą kwestią muzyki w Internecie), to jest pogoń za inwencją inżynierów, innowatorów i enterpreneurów internetowych. Biurokracja zawsze będzie przegrana, ponieważ biurokraci musieliby być obdarzeni nadprzyrodzoną zdolnością predykcji, aby wprowadzać regulacje dotyczące wynalazków jeszcze nie wynalezionych ;)
 
Przedsiębiorczość internetowa, tak jak technologia, którą wykorzystuje, będzie przekraczać ramy istniejących przepisów prawnych, ponieważ ZAWSZE jest tak, że przepis nie reguluje tego co akurat enterpreneur wymyślił z inżynierem, przepis zawsze jest z tyłu. I dzisiejszy konflikt wokół ACTA i SOPA nie jest konfliktem wokół Internetu jako technologii. Technologia jest jak powietrze – po prostu jest i daje nowe możliwości. To czego jesteśmy świadkami dzisiaj to jest moment przełomu – przemysł oparty o dotychczasowe modele biznesowe zaczyna tracić na tyle duże pieniądze na rzecz biznesów wykorzystujących technologie okołointernetowe, że zaangażowano wszystkie moce „starego świata”, aby nie zatonąć zupełnie.
 
Jaka jest podstawowa różnica pomiędzy „starymi” modelami biznesowymi, a tym co przyniosły technologie internetowe, lub szerzej - cyfrowe? Odpowiedź jest prosta – różnica polega na relacji do obszarów uregulowanych prawem państwowym dla ochrony czyichś interesów – czy to osób fizycznych lub prawnych, czy to interesów państwa samego. Przykładów mamy multum, najbardziej jaskrawe to oczywiście kwestia muzyki, a druga – hazardu.
 
Zarówno w pierwszym jak i drugim przypadku wynalazki cyfrowe spowodowały skrajne zagrożenie dla dotychczasowych modeli biznesowych, i gdyby nie przeciwdziałanie regulatora, czyli organów państwowych, to już by rynek zupełnie inaczej wyglądał. Tradycyjnych producentów muzycznych już by nie było, a hazard w Polsce miałby inną postać – tu państwo polskie wystąpiło we własnym interesie, ponieważ Lotto jest własnością Skarbu.
 
Przemysł muzyczny, pomimo zmian technologicznych (to samo dotyczy i przemysłu wydawnictw książkowych) opiera się na modelu biznesowym wymyślonym jeszcze przez Rzymian, czyli na sprzedaży egzemplarza nośnika z danymi. Zmieniała się technologia zapisu, model pozostał ten sam, w XIX wieku uzupełniony o ochronę autorskich praw majątkowych, tak, aby zwiększyć i ochronić zyski producenta. Nie autora, ponieważ wobec producenta autor czy wykonawca, ze względu na brak dostępu do klienta końcowego, występował zawsze w słabszej pozycji. Przechwycenie przez producenta gros wpływów ze sprzedaży zapisanych nośników danych można nazwać opłatą czy rentą ze strony autora/wykonawcy za dostęp do rynku.
 
Dzisiaj ten model całkowicie przeżył się. Złożyło się na to wiele czynników, kluczowym było umożliwienie komunikacji autora/wykonawcy bezpośrednio klientami końcowymi, poprzez drastyczne obniżenie bariery wejścia na rynek – zarówno bariery finansowej jak i kompetencyjnej. Po prostu – każdy autor/wykonawca może założyć własny serwis internetowy, przez który będzie sprzedawał swoje utwory słuchaczom/czytelnikom – i dostarczał je albo w formie cyfrowej, albo tradycyjnej.
Drugim czynnikiem, nie mniej istotnym było wynalezienie streamingu i miniaturyzacja i generalne potanienie sprzętu audio/video. W tym momencie produkcja treści nie wymaga już wielkich nakładów, które do tej pory mogły ponieść wielkie organizacje.
Oczywiście – pozostaje kwestia poinformowania odbiorców o swoim istnieniu – i tu potrzebne są wielkie nakłady, chociaż – wujaszek Google i tu pozwolił drobnym wytwórcom treści na zaistnienie marketingowe, dzięki swojemu produktowi AdWords, czyli reklam płatnych od kliknięcia pojawiających się obok wyników wyszukiwania.
 
Chociażby te trzy elementy wywracają dotychczasowe modele biznesowe wielkich producentów, zarówno producentów muzyki, wytwórni filmowych, jak i telewizji czy wydawnictw. Oczywiście wielkie organizmy, jak chociażby Apple dostosowują się do sytuacji, albo nawet są prekursorami, co nie zmienia faktu, że tradycyjny model odchodzi w przeszłość, w sytuacji, gdy nie opracowano nowego modelu biznesowego – albo inaczej: usiłuje się go opracować na podstawie przesłanek z przeszłości, ale tego rodzaju działalność jest po porostu chodzeniem do przodu z odwróconą do tyłu głową – nigdzie się nie dojdzie, a można sobie tylko guza nabić.
 
Tutaj mogę podać przykład z własnego doświadczenia: w latach 1999-2000 opracowałem w ramach prywatnego przedsięwzięcia start up pierwszy w Polsce i chyba jeden z pierwszych w Europie system mikropłatności. System opierał się na prepaidzie i czymś co nazywa się elektroniczny portfel. Szukaliśmy inwestora (private equity) i za każdym razem gdy dochodziło do rozmów na temat zastosowań systemu mówiono nam, że nie ma nigdzie ani w Polsce, ani w Europie zastosowań takiego systemu, na co ja podawałem od razu trzy wymyślone do zastosowania serwisy płatne za pomocą mikropłatności. Nasi rozmówcy usiłowali myśleć o przyszłości na podstawie przeszłości – dokładnie tak jak wszystkie wielkie korporacje, albo ludzie, dla których bezpieczeństwo biznesu jest ważniejsze od spodziewanej renty pierwszeństwa – o dziwo takie myślenie było także obecne w biznesie inwestycji wysokiego ryzyka. Efektem takiego myślenia jest „anachroniczna wynalazczość”, czego przykładem jest Kindle Amazon’a. Jest to nic innego jak nośnik treści wielokrotnego zapisu., Żeby chronić prawa autorskie treści te można odczytać tylko na Kindle’u. A więc to jest to tylko trochę ulepszony model „rzymski”.
 
Tak więc przemysł oparty o tradycyjnie rozumianą ochronę autorskich praw majątkowych właśnie dobiega swego kresu. To czego jesteśmy świadkami przypomina wydarzenia z końca średniowiecza, gdy cechy starały się ograniczać produkcję dla utrzymania cen, równocześnie walcząc z partaczami, którzy wyprowadzali swoje warsztaty poza granice miast, tam, gdzie nie obowiązywała jurysdykcja cechów. Tamte wydarzenia, cały okres w historii gospodarki, trwał około stu lat. Ponieważ, jak ktoś obliczył, w Internecie życie płynie siedem razy szybciej, to możemy się spodziewać, że zamieszanie obecne będzie trwało z piętnaście lat, a potem wyklaruje się jakiś nowy ład. Teraz wielki biznes usiłuje zaprząc rządy do ochrony swoich interesów, ale nawet jeśli rządy będą spolegliwe, to po prostu życie zrobi swoje i zwyciężą ludzie – prosumenci (produkujący i konsumujący treści) dzięki coraz to nowym wynalazkom. A rządy, które przy okazji zechcą zdusić krytykę swojej polityki i zawiesić wolność słowa i różne wolności obywatelskie poprzez tę spolegliwość skompromitują się ostatecznie i następcy jak ognia będą unikać takich zaangażowań, ponieważ dusząc krytykę pod pozorem pilnowania praw autorskich zabiją wynalazczość. A tego nie zniesie żadne państwo.
 
Jaki może być ten nowy ład?
 
Bez wątpienia producent treści chce zarabiać na tym co wyprodukował – zarówno wielka korporacja, redakcja dziennika, agencja prasowa, jak i pojedynczy bloger, taki jak ja (miło byłoby dostać parę groszy za to, że ktoś czyta ten tekst! :)
Można wyobrazić sobie system, którego założenia byłyby następujące:
 
1.  Wytwórca treści opatruje swoje pliki w unikalny indywidualny kod rozpoznawczy. Kod jest wpisany w taki sposób, aby urządzenia operatora internetowego były w stanie ten kod rozpoznać.
2.  Wytwórca treści uploadując swój plik, zdjęcie, muzykę itd. dołacza ten kod w sposób automatyczny
3.  Urządzenia operatora zliczają ile do jego sieci plików rozmaitych wytwórców zostało ściągniętych. I nie jest sprawdzane KTO ściągnął w sieci tego operatora, lecz ILE i JAKIEGO wydawcy. Przez "ściągnięcie plików" należy tu rozumieć nie tylko to co rozumiemy pod tym (czyli np. ściągnięcie piosenki) ale także załadowanie strony WWW , tak jak tu na salonie, z tekstem i zdjęciami. Oglądanie stron www to ściąganie plików, jakby kto nie wiedział!:)
4.  Dane tego billingu są przetwarzane przez jakieś globalne centrum rozrachunkowe, w którym zarejestrowani sa wytwórcy treści, skąd te swoje kody otrzymali.
5.  Providerzy internetowi przekazują temu centrum opłatę za ściągnięte pliki do swojej sieci, a centrum rozdziela pieniądze wydawcom treści proporcjonalnie do ilości ściągniętych treści (plików)
6.  Prowiderzy internetowi mają pieniądze ze zwiększonych opłat abonamentowych. Gdyby system działał w skali globalnej to zwiększenie abonamentu byłoby minimalne, rzędu 2 – 3%. Kwoty te są przekazywane do centrum rozrachunkowego.
 
Zalety tego systemu są następujące:
 
1.  Nikt nikogo nie inwigiluje. Operator internetowy zlicza pliki z kodem na wejściu do swojej sieci, tak jak robi to przy okazji rozliczeń za ruch międzyoperatorski.
2.  System jest sprawiedliwy. Im więcej ściągnięć pliku – tym więcej pieniędzy dla wydawcy treści.
Odpada kwestia praw autorskich – wydawcy będzie zależeć na jak największym rozprzestrzenieniu się jego treści. Na przykład PAP w tym momencie nie oznaczałaby swoich zdjęć swoim logo i zamykała w abonamencie, tylko chciała żeby wszyscy jak najwięcej ściągali jej treści, nawet, jeśli nie byłyby wykorzystane przez redakcję, ponieważ liczy się sam download, a nie wykorzystanie. "Flat rate" dla użytkownika (dodatek do abonamentu) powoduje, że nie ma bariery cenowej w ściąganiu plików. To samo dotyczy takiej publikacji zdjęć czy video, tak jak my to robimy na S24 , czyli poprzez embedding linku z jakiegoś miejsca w sieci.
 
 
Żeby taki system wprowadzić potrzebna jest oczywiście globalna umowa, w rodzaju WTO, zresztą tam chyba należałoby coś takiego zrobić. A przy okazji uzupełniłby się model biznesowy już istniejących serwisów – bo można sobie wyobrazić, że Youtube płaciłoby użytkownikom za wrzucanie treści nie tylko swoich, ale i cudzych, żeby zwiększyć ściągalność plików, a w rozliczeniach zatrzymywało by sobie cześć opłat za udostępnienie infrastruktury…
 
  Uff… widzę, że wymyśliłem remedium na kłopoty z ACTA .  
Jakby co , to byłem pierwszy!!!!